Roślina bliższa organizmowi

15 kwietnia 2020

Z prof. dr. hab. Gerardem Nowakiem, kierownikiem Katedry i Zakładu Naturalnych Surowców Leczniczych i Kosmetycznych Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, rozmawia Danuta Pawlicka.

Rośliny, stanowiące ważną część naszego jadłospisu, ale także będące źródłem leków i kosmetyków jeszcze nigdy nie cieszyły się takim zainteresowaniem jak obecnie, gdy głośno mówi się o grożącej zagładzie roślin na naszej planecie.

To prawda. Prawdopodobnie jesteśmy akurat w takim czasie, gdy znowu „naraziły” się pacjentom leki syntetyczne i głośno mówi się i częściej pisze o walorach leku roślinnego i naturalnego kosmetyku. Później, jak to już bywało, do łask wróci lek syntetyczny, by po jakimś czasie nagłaśniać szumnie powrót do ziół. O wyborze leku decyduje stan pacjenta. Są takie sytuacje, że korzystnie jest zastosować lek roślinny działający wolniej, ale z mniejszymi skutkami ubocznymi, są też takie, które wymagają szybkiego doraźnego efektu, jaki daje zastosowanie leku syntetycznego.

Czy rzeczywiście roślina jest bliższa organizmowi człowieka niż produkt chemiczny?

Tak. My jesteśmy częścią natury, stąd przyswajamy i tolerujemy lepiej to, co naturalne.

Czy słusznie mówi się, że lek roślinny wspomaga podstawowe leczenie, ale przede wszystkim ma zastosowanie w profilaktyce i w chorobach przewlekłych dla osób starszych.

To prawda, ale sądzę, że nie można tylko do takiej roli sprowadzać leku roślinnego. Jeżeli surowiec roślinny, tzn. korzeń, liść, kwiat, nasiono, kora, ziele czy inna część rośliny zostanie nazwana lekiem, a zatem przejdzie wszystkie etapy analiz i badań (przede wszystkim klinicznych), to może on być traktowany jak każdy lek. Wtedy nie ma różnicy między lekiem roślinnym a syntetycznym. O wyborze decyduje stan fizjologiczny pacjenta w każdym wieku. Rzetelna wiedza o leku roślinnym daje możliwości kojarzenia (w określonych sytuacjach) leku roślinnego i syntetycznego. Można też po doraźnym opanowaniu choroby kontynuować terapię lekiem roślinnym.

Co najbardziej  zrewolucjonizowało i unowocześniło podejście do roślin jako źródła leków kosmetyków – inżynieria genetyczna, techniki biotechnologiczne?

To rzeczywiście brzmi imponująco, choć jest to niewątpliwie ingerencja w świat roślin. Może to co powiem, jest nie na czasie, ale sądzę, że jest jeszcze tyle nieprzebadanych gatunków, że ta ingerencja nie jest potrzebna. Ale przyznaję, że  może to być droga do odkrycia nowych leków dla nieuleczalnych dotąd chorób.

Czym się różni biofarmaceutyk od farmaceutyku, który ma swojego „przodka” nie na polu, lecz w laboratorium chemicznym?

Biofarmaceutyki – substancje wielkocząsteczkowe wytwarzane są przez żywe komórki np. bakterii, drożdży czy roślin, posiadają szeroki zakres działania. Różnicę można zobaczyć, porównując takie biofarmaceutyki, jak: szczepionki, interferony, insulinę, erytropoetynę z przykładowym farmaceutykiem – diklofenakiem – syntetycznym związkiem o prostej strukturze chemicznej. Biofarmaceutykami możemy zatem nazwać białka lub związki chemiczne uzyskiwane w systemach biologicznych za pomocą metod biotechnologicznych.

Trudno uwierzyć, że co czwarty lek wypisywany przez lekarza na receptę ma pochodzenie roślinne!

Dla mnie jest to oczywiste.

Jaka roślina według Pana Profesora zasługuje na nasze uznanie ze względu na jej znaczenie dla zdrowia?

Gdyby pani pytała o polską roślinę wartą ochrony i zapamiętania, wybrałbym kozłka lekarskiego. Korzeń tego gatunku stosowany jest w stanach lękowych i jego profil farmakologiczny i bezpieczeństwo stosowania jest zdecydowanie korzystniejszy niż alternatywne syntetyczne benzodwuazepiny, powodujące uzależnienia, senność w dzień, zaburzenia pamięci i koncentracji. Natomiast światową karierę robi obecnie boswelia (Boswelia serrata)gatunek dostarczający surowca pod nazwą gumożywica kadzidłowca. Jest dokładnie rozpoznany fitochemicznie. Podstawą do określenia jego działania i zastosowania były badania kliniczne. Znany jest mechanizm działania, dawkowanie, działania niepożądane i przeciwwskazania. Gumożywica kadzidłowca  może być stosowana  w chorobie zwyrodnieniowej stawu kolanowego, bólach kręgosłupa i stanach zapalnych jelita grubego.

Pytam o to, bo tytoń, na którym dzisiaj ciążą najcięższe oskarżenia za wywoływanie chorób, okazał się źródłem substytutu krwi.

Tak, ale dotyczy to transgenicznego tytoniu. Liście takiej rośliny były też surowcem do otrzymania pierwszego roślinnego biofarmaceutyku, tj. ludzkiego hormonu wzrostu, a później pierwszych przeciwciał.

Często na własną rękę szukamy roślin leczniczych jakie przepisują lekarze. Chcąc, nie chcąc jedynym dla nas przewodnikiem staje się nie zawsze rzetelna, ogólnodostępna informacja. Czy na przykład  popularne obecnie –  egzotyczna guarana działająca stymulująco na organizm,  rosnący w Polsce różeniec górski na depresję oraz zmęczenie i kozieradka pomocna w cukrzycy warte są  uwagi?

Farmaceuta w aptece czy w zielarni zawsze udzieli fachowej rady zgodnie z żelazną zasadą pracownika służby zdrowia – primum non nocere. Tego przesłania nie respektują autorzy, jak pani to ujęła, ogólnodostępnych informacji. Guarana jest zbyt popularna. Niestety wiem, że w menu spotkań młodzieżowych podawane są nasiona paulinii, tzn. guarana. Zawiera ona najwięcej kofeiny (ok. 5%) z wszystkich kofeinowych roślin. Ma szereg przeciwwskazań: wiek 16 lat, jaskra, jednorazowa dawka powyżej 3g, nadciśnienie. Nie wolno kojarzyć guarany z alkoholem, nikotyną, gdyż dochodzi do trudnej do opanowania arytmii. Guarana jest przecież lekiem – ma działanie przeciwdepresyjne i można ja stosować w zdiagnozowanych mieszanych zespołach lękowo-depresyjnych, oczywiście po konsultacji z lekarzem. Różeniec górski, rosnący w niektórych rejonach Tatr, jest pod ochroną. Z poletek uprawowych dostarcza surowca – korzenia – który może być stosowany w wyczerpaniu psychofizycznym. Nasiona kozieradki to  surowiec, który może być stosowany w cukrzycy insulinozależnej i insulinoniezależnej, a także w hipercholesterolemii. Wszystkie wymienione surowce roślinne są cennymi lekami o udowodnionej badaniami klinicznymi aktywności farmakologicznej. Fachowa literatura dostarcza też wiedzy o dawkowaniu, działaniu niepożądanym i przeciwwskazaniach, tzn. danych, jakie obowiązują do każdego leku – syntetycznego i roślinnego.

Przy wyborze leku roślinnego lepszym doradcą od internetu jest aptekarz lub zielarz sprzedający w typowej zielarni?

Zdecydowanie tak. Internet serwuje przeważnie ok 90% informacji marketingowych i zostawia mało miejsca na rzetelną wiedzę o ziołach. Niestety, taka sytuacja zbyt często występuje również na ulotkach informacyjnych od producenta preparatu roślinnego. Zbyt często w recepturach złożonych preparatów roślinnych są składniki o przeciwstawnym działaniu. Dlatego niezbędna jest naukowa wiedza o ziołach. Studenci UMP mają w programie studiów przedmioty dobrze przygotowujące ich do zawodu. Absolwenci naszej uczelni posiadają kompetencje umożliwiające im weryfikowanie często nieprawdziwych medialnych informacji i nieprecyzyjnych danych pochodzących od producenta. Ziołolecznictwo jest przedmiotem ścisłym i nie ma tu miejsca na eksperymenty i wymyślne receptury autorstwa internetowych pseudozielarzy.

W roślinach naukowcy lokują dzisiaj białka i szczepionki, a co tak naprawdę jest w kremach kosmetycznych, które według ulotek zawierają składniki roślinne spłycające zmarszczki, zapobiegające trądzikowi, rozjaśniające przebarwienia?

Rejestracja nowego kremu jest zdecydowanie łatwiejsza niż leku roślinnego, a jeżeli mimo to i przy okazji leków można mieć zastrzeżenia co do jakościowego i ilościowego składu receptury, można wyobrazić sobie, co „wymyślono”, by opisać rewelacyjne działanie kosmetyku. Na pocieszenie nabywcom i miłośnikom kosmetyków mogę powiedzieć, że coraz więcej firm kosmetycznych dbając o pacjentów, ale też i o swój wizerunek, stara się, aby merytoryczne składniki preparatów były w zgodzie z rzetelną o nich informacją. Przyczynia się do tego możliwość współpracy z uniwersytetami medycznymi  i korzystanie dzięki temu z coraz lepszej aparatury diagnostycznej skóry, znajomość i potrzeby rynku oraz duża konkurencyjność. Firmy coraz częściej w składnikach produktów umieszczają surowce roślinne, które według badań mogą rozjaśniać przebarwienia, niwelować zmiany trądzikowe, a nawet spłycać zmarszczki. Ba, jest nawet profesjonalny sprzęt, który obiektywnie może zmierzyć efekty stosowania kremów w tego typu zmianach skórnych.

Co daje naukowcom Ogród Roślin Leczniczych Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu?

Daje możliwości realizowania naszych zainteresowań związanych z fitochemią. To trudna dziedzina. Niektórzy mówią, że jest sztuką dla wybranych, ponieważ na efekty ciężkiej pracy czasami trzeba czekać kilka lat, więc naukowcy szlifują w tym czasie cierpliwość i odporność nerwową. Ale pozytywny efekt daje ogromną satysfakcję, która równoważy te mozolne starania. Dzięki roślinom uprawianym w Ogrodzie, sprowadzanym pod kątem możliwości wykorzystania ich jako leki i kosmetyki, pracownicy Ogrodu odkryli kilkadziesiąt nowych związków nie opisanych wcześniej w literaturze. Dzięki nim poznany został skład chemiczny kilkudziesięciu roślin. Część z nich w wyniku przeprowadzanych przez nas badań, w tym również klinicznych, ma szanse otrzymać status leku czy kosmetyku. Mogę powiedzieć, że nasza Katedra jest jedynym ośrodkiem naukowym na świecie specjalizującym się w izolacji wybranych związków naturalnych. Co to oznacza w praktyce? Potrafimy z rośliny – zawierającej mieszaninę związków chemicznych o nieznanym często działaniu wyodrębnić te, na których nam zależy. Te wyodrębnione, czyste związki naturalnego pochodzenia, są później szczegółowo badane, opisujemy ich działanie, aż w końcu – jeśli są podstawy – wchodzą one w skład standaryzowanych na odpowiednie związki ekstraktów o udowodnionych już właściwościach biologicznych jako substancje czynne leków i kosmetyków.

Encyklopedia z kolorowymi obrazkami roślin nie zastąpi ogrodu studentom i badaczom szukającym leków w korzeniach i liściach?

Zapewniam panią, że nie zastąpi. Niewiele jest w Polsce Uniwersytetów Medycznych, które mogą poszczycić się ogrodem. Nam zazdroszczą takiego ogrodu z kilkudziesięcioletnią tradycją naukowo-dydaktyczną. Nasi studenci też nie wyobrażają sobie zajęć z szeroko rozumianego leku roślinnego bez możliwości skonfrontowania tego, o czym słyszeli na seminariach i wykładach, z pokazem roślin leczniczych i kosmetycznych podczas naukowego spaceru w naszym Ogrodzie. Sadzę, że wizyta studentów na poletkach z roślinami leczniczymi jest przyjemną i pożyteczną powtórką z sal seminaryjnych przed zaliczeniem czy egzaminem.

Czym zajmuje się Katedra i Zakład Naturalnych Surowców Leczniczych i Kosmetycznych, którymi Pan kieruje?

Zajmujemy się dydaktyką, pracą badawczą i kompatybilną z nią współpracą z przemysłem. Prowadzimy zajęcia ze studentami Wydziału Farmaceutycznego – kierunek Farmacja i Kosmetologia oraz Wydziału Lekarskiego – kierunek Dietetyka. Do zajęć wykorzystujemy Ogród, realizując takie przedmioty jak aromaterapia, leki pochodzenia naturalnego, kosmetologia naturalna, apteka natury, leki roślinne i paraleki.

Wyniki naszych prac fitochemicznych i farmakologicznych wykazały możliwość zastosowania  nowych leków/kosmetyków roślinnych w łojotokowym zapaleniu skóry, przebarwieniach, infekcjach grzybiczych skóry i paznokci, zmianach starzeniowych skóry, zmianach łuszczycowych skóry i migrenach. To jest jednocześnie propozycja współpracy z przemysłem w ramach projektów badawczo-rozwojowych. Ogromną satysfakcją dla nas jest to, że są firmy, z którymi została nawiązana zaawansowana współpraca. Dzięki niej może na zakończenie mojej pracy w UMP spełni się moje marzenie i wejdzie na rynek kosmetyczno-farmaceutyczny preparat z ekstraktem, który od początku do końca powstał w efekcie naszych prac. Opracowaliśmy go z  przebadanego surowca roślinnego i jest substancją czynną nowego preparatu roślinnego.

 

fot. P. Jasiczek